Zanim przejdę do właściwej recenzji i omawiania dodatków, trzeba wyjaśnić sytuacje z podstawową wersją gry. Przed premierą zapowiedziano, że tytuł będzie pozbawiony wszystkich stworków z poprzedniej generacji, dodatkowo problemy ze stabilnością i modele pokemonów wyciągnięte z poprzednich części na przenośną konsolę 3DS sprawiły, że najnowsza odsłona miała trudne początki. To wszystko sprawiło, że Sword i Shield to najbardziej kontrowersyjna odsłona serii gier Pokemon.




Cała akcja została umieszczona w regionie Galar, jest to wzorowana na Wielkiej Brytanii i to widać, wszędzie w oddali majaczą nam łąki i pastwiska, a budynki przypominają małe zamki. Twórcy zaprezentowali nową mechanikę nazwaną Dynamax, która pozwalała nam powiększać naszego stworka do gigantycznych rozmiarów i w ten sposób toczyć bitwy z innymi trenerami.

Jak w każdej części i tym razem wcielamy się w młodego trenera bądź trenerkę z prostym zadaniem. Złapać wszystkie pokemony oraz zostań nowym mistrzem regionu Galar. Przy okazji odkryjemy historię kryjącą się za całym regionem.




Fabuła w podstawowej wersji gry była dla mnie jedną z lepszych jeśli chodzi o całą serie Pokemon. Podróżując przez krainę, poznawaliśmy kolejne etapy historii, aby wszystko rozwiązało się w jednym kluczowym momencie. Zaprezentowano również nową mechanikę nazwaną Max Raid, gdzie wraz z 3 innymi graczami próbowaliśmy złapać specjalne wersje ogromnych stworków.


Dodam jeszcze, że pomimo tego, jaki hejt wylał się na nową odsłonę Pokemon, mi grało się w ten tytuł przyjemnie i porównując go do innych tytułów z serii jest to satysfakcjonująca przygoda. Dodatkowo pierwszy raz w historii, deweloper gry – Studio GameFreak zapowiedziało pakiet dwóch DLC za 120 zł. W tej cenie otrzymaliśmy dwa dodatki nazwane: The Isle of Armor oraz The Crown Tundra. Teraz kiedy cały pakiet, miał swoją premierę można spojrzeć chłodnym okiem i ocenić jak wypadają rozszerzenia do gry.




Skoro te wszystkie kwestie zostały wyjaśnione, czas omówić DLC. Pierwszy dodatek nazwany The Isle of Armor pozwalał nam na zwiedzanie nowej wyspy, złapaniu całkiem nowego pokemona o nazwie Urshifu oraz przedstawiał krótką, historie pewnego Dojo. Dodatkowo cała lokacja była pełna pokemonów z poprzednich generacji, których w podstawce nie było jak spotkać.


Mogliśmy wejść w posiadanie pokemonów z rejonu Alola przez znajdowanie digletów na mapie. Do gry wprowadzono również specjalny rodzaj grzybów, który sprawiał, że mogliśmy zwiększać moc naszym pokemonów podczas Dynamax, a na osłodę twórcy dodali opcje, że pierwszy wybrany pokemon z naszej drużyny podążał za nami w świecie gry.


Pierwszy dodatek dawał nadzieje, że twórcy mają pomysł na rozwój tych gier i z wypiekami na twarzy czekałem na kolejny pakiet, nazwany The Crown Tundra, niestety rzeczywistość nie okazała się tak wspaniała jak myślałem. Całość zaczyna się od podróży do pięknego zimowego krajobrazu i przypadkowe wplątanie się w małą kłótnię rodzinną. Przez co stajemy się członkiem ekspedycji i zaczynamy polować na legendarne pokemony.




To w zasadzie tyle jeśli chodzi o fabułę. Nie da się ukryć, że jest ona nudna, nieciekawa i ogranicza się do prostego przynieś, podaj, pozamiataj. Wszystko w zasadzie zostało pod porządkowane pod nową mechanikę, która nazywa się Dynamax Adventure. Podczas tych podróży będziemy mieć szansę schwytać legendarne pokemony i to w zasadzie tyle jeśli chodzi o nowości i to, co dodatek może nam zaoferować.




Podczas omawianych Dynamax Adventure, dostajemy losowego stworka, a następnie musimy stoczyć kilka walk pod rząd z ogromnymi pokemonami. Gdy pokonamy pokemona możemy go złapać, a następnie zamienić z obecnie używanym i tak, aż dojdziemy do legendarnego pokemona. Całość znudziła mnie już za trzecim razem. Sam pomysł to rozwinięcie Max Raidów z podstawowej wersji gry tylko, że z możliwością złapania wyjątkowego potworka.


Fani uzupełniania pokedexu oraz łapania wszystkich gatunków kieszonkowych potworów będą zachwyceni. Szkoda, że tylko oni, nie pomyślano w żaden sposób o osobach, które preferują bardziej przygodowe podejście do zabawy, nie dając im absolutnie nic do roboty. To chyba jest największy zarzut do tego dodatku, oferuje on łapanie legend, co na papierze brzmi świetnie, jednak jest to jedyna nowość.




Jak można podsumować pierwsze podejście studia GameFreak do DLC? Powiedziałbym, że nie warto zawracać sobie nimi głowy. Historia w żaden sposób się nie rozwija, nie poznajemy nowych wątków czy historii regionu Galar. Całość sprawia wrażenie robionego czegoś na szybko. Najlepiej określić te dodatki jako nijakie. Kupując je, dostaniemy parę godzin dobrej zabawy, łapania nowych stworków i kilku legend. Przy pierwszym dodatku, bawiłem się świetnie.


Zaoferował mi przyjemną przygodę na kilka chwil. Drugi z kolei nie oferuje nic poza łapaniem legend, którego osobiście nie jestem fanem. Nic się jednak nie stanie jak kompletnie zignorujemy istnienie rozszerzeń, nowe pokemony możemy otrzymać z wymian, więc nawet nie specjalnie musimy się wysilać aby je łapać. Pierwsze podejście studia do cyfrowych dodatków uznaje za małą porażkę i wystawiam ocenę 6/10.