Call of Duty: Black Ops to poboczna seria, która powstała 10 lat temu i jej akcja rozpoczyna się w okresie Zimnej Wojny. Kampania fabularna w Call of Duty: Black Ops Cold War powraca do tego tematu, przez co jest jego bezpośrednią kontynuacją.

Jeżeli jednak nie graliście w oryginał, to nie musicie się martwić, ponieważ nie dość, że opowiedziana historia jest w gruncie rzeczy niezależna, to jeszcze przypomina skrót najważniejszych wydarzeń.




Aczkolwiek jej znajomość się przydaje, ponieważ w niektórych misjach ponownie wcielamy się Aleksa Masona, jednak główny wątek przenosi nas do lat 80-tych ubiegłego wieku, gdzie wcielimy się w Bella, który ma za zadanie wytropić i powstrzymać sowieckiego szpiega Perseusza, gdyż próbuje on wrobić Amerykanów w nuklearny spisek, aby Związek Radziecki mógł wygrać Zimną Wojnę.



Już sam początek zdradza, że nie mamy do czynienia z klasycznym, akcyjniakiem w stylu Michaela Baya, ponieważ możemy spersonalizować Bella pod kątem płci, kluczowych cech czy przynależności do organizacji.




Ma to też drugą stronę medalu, ponieważ nie dość, że naszego bohatera nie zobaczymy ani razu, to jeszcze nie usłyszymy. Dlatego, kiedy możemy wybrać opcję dialogowe i doświadczyć różnych zakończeń, finalnie nie wywierają na graczu większego wrażenia.



Dużo lepiej wypadają natomiast same zadania. Oczywiście, nie brakuje tu dobrze znanych klisz w postaci sekcji snajperskiej czy pościgowej, lecz tym razem deweloperzy z Treyarch przeszli samych siebie i dorzucili nawet klasyczne tytuły jak Enduro czy River Raid w formie grywalnych mini gier, dodając do tego jeszcze obecność misji pobocznych, jestem w stanie wybaczyć brak kampanii w Black Ops 4.



Moim zdaniem wiele momentów zostanie w pamięci graczy. Zresztą sami sobie odpowiedzcie na pytanie — czy przypominacie sobie, aby którakolwiek odsłona Call of Duty miała misje, w których musimy zebrać dowody i odkryć tożsamość naszego celu? No właśnie. Pomimo krótkiej, nawet jak na standardy serii długości (4-5 godzin) jest to jedna z lepszych kampanii w historii serii.




Niestety, znacznie gorzej wygląda sytuacja trybu wieloosobowego, który od zawsze jest kluczowym elementem kolejnych odsłon serii. Pod tym kątem Call of Duty: Black Ops Cold War jest dużym krokiem wstecz i to nie tylko w zestawieniu z ubiegłoroczną grą od Infinity Ward, ale nawet w stosunku do Black Ops 4.

Jednakże jest to coś, co można było przewidzieć, ponieważ oryginalnie tegoroczną część miały stworzyć studia Sledgehammer Games i Raven Software. Ostatecznie ich projekt nie spełnił oczekiwań wydawcy i Activision zdecydowało się zaangażować Treyarch, aby ci w niespełna dwa lata odratowali produkt.



Dlatego można odnieść wrażenie, że są to dwie osobne gry. Wskazuje na to już sam design map, które wyglądają jak uproszczone wersje lokacji z poprzednich odsłon. Najlepszym tego przykładem są Armada, przypominająca planszę z Call of Duty WWII — USS Texas oraz Satellite wyglądające jak usprawnione Azhir Cave z ubiegłorocznego Modern Warfare. Ponadto, niektóre z nich jak Miami czy Cartel są stworzone tak, że zauważenie przeciwników graniczy z cudem.

Owszem, movement czy przemodelowane scorestreaki, które już się nie resetują w przypadku śmierci, ponownie zachęcają do bardziej aktywnego stylu gry i do tego trudno się przyczepić, jednak cała reszta sprawia wrażenie pozbawionej pomysłu i mocy. Jest mi niezmiernie przykro, że muszę to pisać, ale mimo tego, że można dokładnie określić pozycję przeciwnika, udźwiękowienie broni jest słabe i czułem się, jakbym trzymał w rękach plastikową zabawkę.

Jeżeli nastawiacie się na aspekt sieciowy, to szczerze polecam zaopatrzyć się w wersję na PlayStation 5, ponieważ symulujące prowadzenie ognia z różnych broni, adaptacyjne spusty w padzie DualSense, wyraźnie polepszają odczucia związane ze strzelaniem.




Sam rozpocząłem grę na PC, jednak chcąc jak najrzetelniej ocenić tytuł, kupiłem za własne pieniądze wersję na PS5 i najprawdopodobniej to właśnie przy niej spędzić najwięcej czasu, w najbliższych tygodniach.




Co prawda, trochę już ponarzekałem na nowe dzieło Treyarchu, ale muszę docenić, że zarówno poprzedni, jak i obecni deweloperzy starali się wzbogacić rozgrywkę o nowe tryby. Aczkolwiek i one nie rzucają na kolana. Z jednej strony mamy Eskortę VIP-a, której zasady nie muszę chyba nikomu tłumaczyć, a z drugiej Połączone Siły.

Te ostatnie, mimo swej enigmatycznej nazwy są czymś na wzór Wojny naziemnej, ponieważ ponownie trafiamy na dużą mapę, gdzie zarówno piechota, jak i pojazdy naziemne walczą o przejęcie flag. Najpoważniejsze wady tego rodzaju zabawy to problemy z balansem pojazdów i skandalicznie mała ilość map, na których można rozgrywać mecze.




Jednak największą nowością jest Oddziałowa Brudna Bomba. Najprościej rzecz ujmując, jest to coś pomiędzy tradycyjnym Capture The Flag, a Battle Royale, ponieważ maksymalnie 40 graczy biega po dość sporej planszy i musi dostarczyć uran lub zniszczyć bomby, w których został on umieszczony. Początkowo ten pomysł przypadł mi do gustu o wiele bardziej niż tradycyjny BR, którym w mniejszym lub większym stopniu były Warzone i Blackout, lecz po rozegraniu kilku meczów nie miałem ochoty do niego wracać.

Otóż nie ma on żadnego limitu czasu i mecz kończy się po zdobyciu 500 punktów. Teoretycznie nie jest to dużo, a gracze są tu podzieleni na 4 grupy, więc grając z zorientowanymi znajomymi, można wiele zdziałać. W praktyce rozgrywka błyskawicznie zamienia się w wielkie pobojowisko, na którym tylko część graczy próbuje zrealizować cel misji. Ponadto przez możliwość ciągłego odradzania się, gra w brudne bomby odrzuca monotonią i brakiem balansu.

Dodając do tego fakt, że aktualnie multiplayer w BOCW nie oferuje żadnego trybu rankingowego, uważam, że w tym roku lepiej zainteresować się modułem zombie, który sprawia wrażenie bardziej przemyślanego.  




Aczkolwiek tutaj też Treyarch zrobiło krok wstecz, ponieważ w odróżnieniu od Black Opsa 4, na ten moment walkę z truposzami można toczyć tylko na jednej mapie. Również można narzekać na to, że nowy wariant nieskończonych starć z hordami zombie dla dwóch osób, będzie przez rok dostępny tylko na PlayStation 4 i PlayStation 5.




Moim zdaniem to prawdziwy cios w plecy dla fanów, którzy niekoniecznie chcą grać z drużyną obcych ludzi. Z kolei polecam sprawdzić Operację Sztywniak, która jest kooperacyjną mieszanką trybu z żywymi trupami i twin stick shootera dla czterech graczy. Co ciekawe, w ramach urozmaicenia rozgrywki od czasu do czasu możemy przełączyć kamerę na widok z pierwszej osoby.



Strona audiowizualna od lat budzi wielkie emocje wśród graczy i w tym roku nie jest inaczej. Taki stan rzeczy ponownie spowodował ubiegłoroczny tytuł od Infinity Ward. Otóż powstał on na nowym silniku graficznym, dzięki czemu gra świateł, jakość tekstur czy animacji zwróciły uwagę nawet największych sceptyków.

Dlatego od momentu ubiegłorocznej premiery Call of Duty: Modern Warfare każde studio pracujące nad własnym CoDem jest zobligowane do tego, aby kolejne iteracje marki były tworzone na nowym silniku współtworzonego przez Polaków, dzięki czemu łatwiej będzie scalić nowy tytuł z trybem Warzone.




Tymczasem chociaż produkcja od Treyarch korzysta z niektórych elementów takich jak raytracing, czy interfejs z MW, została stworzona na starszej wersji. Od strony tradycyjnej rozgrywki w trybie wieloosobowym taki kompromis ma więcej zalet jak np. możliwość dostosowania pola widzenia na konsolach, lecz wielu nowych graczy może zatęsknić za rozwiązaniami, które przyciągnęły ich do tytułu od Infinity Ward.



Choćbym nie wiem, jak wielkie zrozumienie okazał deweloperom, jest to gra, która w wielu aspektach robi jeden krok do przodu i dwa do tyłu. Treyarch jest studiem, które wielokrotnie podnosiło poprzeczkę dla kolejnych części, lecz tym razem musieli dokończyć nie swój projekt. To spowodowało, że całościowo Call of Duty: Black Ops Cold War to tylko i wyłącznie solidny tytuł.

Moja ocena – 7/10