Trzy lata musieliśmy czekać na nowych łowców, ale w końcu doczekaliśmy się wydanej na Nintendo Switch, a w przyszłości również na komputery osobiste odsłony Monster Hunter: Rise. Nie jest to pierwsza odsłona stworzona na przenośne konsole, ponieważ swego czasu seria była tak niezwykle popularna w Japonii, że otworzono specjalne kafejki, gdzie można było wspólnie pograć oraz zakosztować dań żywcem wyjętych z gry.




Rise nie jest również jakimś uboższym portem World w wersji przenośnej. To pełnoprawna odsłona z nowymi mechanikami i pomysłami. Aczkolwiek nie zabraknie porównań do poprzedniej odsłony, zwłaszcza że na potrzeby tej recenzji odświeżyłem sobie również i tę część. Zacznę jednak od tego, co widać tuż po uruchomieniu produkcji, czyli oprawy graficznej.


Jest to pierwsza gra na Nintendo Switch, która działa na silniku znanym już z Resident Evil 7: Biohazard, RE Engine. I trzeba przyznać, że produkcja prezentuje się bardzo okazale za sprawą rozległych, zróżnicowanych map oraz genialnie wykonanych modeli potworów i postaci. Myślę, że nie przesadzę, jeśli napiszę, iż jest to jedna z najładniejszych gier dostępnych na przenośnej konsoli Nintendo. Całość czerpie garściami z japońskiej kultury, dając unikalny klimat małej wioski, gdzieś w górach.




Z początku wydawało mi się, że taka zmiana może mi przeszkadzać, stało się jednak inaczej. Dodatkowo muzyka przygrywająca nam podczas zwiedzania tego HUBa daje masę radości, całość skojarzyła mi się z Okami, które ogrywałem jeszcze na PlayStation 2 czy czwartą odsłoną Persony, gdzie klimat małej mieściny aż wylewał się z ekranu.


Jeśli zaś chodzi o muzykę, to moim zdaniem jest jedną z lepszych w serii Monster Hunter. Oczywiście, ze względu na przyjętą konwencje, do naszych uszu będą docierać głównie orientalne dźwięki, kojarzone z Krajem Kwitnącej Wiśni. Utwory są doskonale dopasowane do sytuacji, a fakt, że prawie każdy potwór ma swój własny motyw, sprawia, że walki z nimi są naprawdę emocjonujące i jak przystało na serię odpowiednio wymagające.




Przejdźmy jednak do tego czym Monster Hunter jest. W zasadzie to gra o polowaniu na ogromne potwory z elementami RPG i gry sieciowej. Do dyspozycji gracza oddano 14 rodzajów broni, w tym standardowy miecz z tarczą czy lanca po tak egzotyczne, jak Owadzia glewia, czy tzw. Łukodziało. Jednak nie jesteśmy skazani na jeden rodzaj broni, więc jeśli stwierdzimy, że chcemy spróbować czegoś innego, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby broń wymienić, ponieważ w Monster Hunter Rise nie rozwijamy postaci, a jedynie nasz ekwipunek. Zresztą materiałów jest w grze tyle, że w zasadzie ze wszystkiego można coś stworzyć w prostym systemie craftingu. Dlatego uważam, że fani zbierania wszelkiego rodzaju śmieci i grindu będą zadowoleni.


Tytuł posiada zresztą wiele systemów, które sprawiają, że zwykłe kupowanie coraz to lepszej zbroi po prostu nie ma sensu, bowiem nie każdy ekwipunek jest dobry na wszystko. Niektóre pancerze mogą być odporne na ogień, inne na pioruny i to samo tyczy się broni. Przeciwnicy także mają swoje słabości, a my musimy nauczyć się je wykorzystywać. Inaczej zostaniemy bardzo szybko przez taką bestię wyjaśnieni.




Materiały do nowych pancerzy oraz oręża zdobywamy oczywiście poprzez ubicie potworów. Jednak znacznie lepsze, jak i trudniejsze jest ich złapanie, ponieważ da nam nieco więcej materiałów i przyspieszy proces stworzenia wymarzonej zbroi. W tej odsłonie twórcy postanowili nieco ułatwić nam zadanie i na pewnym etapie gry zdobywamy dostęp do tzw. Miaujemników. Są to koty i psy, które nam służą i wysłane na misje, zbierają materiały z otoczenia oraz potworów. Jest to bardzo pomocne, jednak trzeba pamiętać, że Monster Hunter Rise to tytuł, który wymaga ogromnej ilości wolnego czasu.


Szczególnie, że w zasadzie główny trzon rozgrywki to tzw. endgame. Niektórzy nawet żartobliwie określają, że fabuła tytułu, której przejście zajmuje około 20 godzin to jedynie samouczek, mający nas przygotować przed prawdziwym wyzwaniem i nie da się ukryć, że trochę jest w tym prawdy. Tym bardziej że mamy tutaj wyraźny podział na misje solo oraz w multiplayer.




Patrząc na przenośny charakter konsolki i fakt, że nie zawsze mamy dostęp do stałego łącza – nie dziwie się, że zostało to rozdzielone. Osobiście zawsze lubiłem sprawdzać swoje umiejętności, walcząc z potworami sam na sam, więc ta zmiana bardzo przypadła mi do gustu. Nie bez powodu Monster Hunter nazywa się czasami Dark Souls z dinozaurami. Jednak domyślam się, że po World, które było w zasadzie nastawione na multi, taka zmiana może przeszkadzać zwolennikom gier kooperacyjnym.


A jakie nowości w rozgrywce oferuje Rise?. W zasadzie najważniejszą są psi kompani, którzy dołączają do naszych wiernych kocich pomocników z poprzednich odsłon. Co istotne, możemy na nich jeździć, co znacząco przyspiesza eksploracje. Do tego pogoń za uciekającym potworem na grzbiecie naszego „wierzchowca” daje masę satysfakcji. Zatem od teraz w naszej drużynie możemy mieć dwóch zwierzęcych kompanów i nic nie stoi na przeszkodzie, aby posiadać dwa koty, czy dwa psy. W zależności od tego, jakie role im przypiszemy, kompani mogą nas leczyć, albo odwracać uwagę przeciwnika.




Drugą znaczącą nowością jest tzw. kablobak, czyli znana z innych tytułów „kotwiczka”, którą możemy się przyciągać do obiektów, czy potworów. Narzędzie bardzo pomaga w eksploracji, czyniąc je jeszcze bardziej płynnym, z tą też mechaniką łączy się również jazda na ogromnych bestiach. Pierwszy raz w historii serii możemy dosiąść takiego potwora i zawalczyć z innym. Trzeba przyznać, że jest to wykonane niemal po mistrzowsku i sterowanie ogromnym stworem daje masę satysfakcji.


Ostatnią i chyba najmniej ciekawą nowością są Furie. To minigierka przywodząca na myśl Tower Defense, gdzie rozstawiamy wieżyczki, pułapki i staramy się powstrzymać nadchodzące potwory, aby nie przebiły bramy i dostały się do miasta. Moim zdaniem ten element gry został wykonany najsłabiej i w rzeczywistości wydaje się niepotrzebny. Na szczęście podczas całej gry takich starć jest tylko kilka, bo wykonywanie ich na dłuższą metę byłoby bardzo nużące.


PODSUMOWANIE


Monster Hunter: Rise to kolejna świetna gra w portfolio firmy Capcom i świetna kontynuacja Monster Hunter World. Oczywiście tytuł czerpie garściami z poprzednika, ale ma też swoje własne pomysły i unikalny klimat. Na tę chwilę uważam, że to najlepsza gra z całej serii i polecam ją każdemu, kto chce zostać łowcą potworów. Dlatego od razu uprzedzę pytanie — tak, w kreatorze postaci można dać bohaterowi siwe włosy związane w kucyk, a większość broni domyślnie nosi się na plecach.


MOJE OCENA 9/10