Oryginalny Mortal Kombat z 1995 r. był na tyle udaną produkcją, że nie tylko do dziś jest uznawany za jedną z najlepszych ekranizacji gier wideo, ale i ustawił wysoką poprzeczkę, której nie zdołał przeskoczyć sequel i pogrzebał tę odnogę marki na niemal 25 lat.

Historia lubi się jednak powtarzać i stawiający swe pierwsze kroki za kamerą reżyser Simon McQuoid, a zarazem wielbiciel serii otrzymał szansę przedstawienia swojej wizji na ekranizację Mortal Kombat. Czy to się udało? 




Choose your DESTINY!

Na początku trzeba zaznaczyć, że Mortal Kombat (2021) nie jest kontynuacją filmów z lat 90. czy też animacji Scorpion's Revenge, a rebootem. Oznacza to, że po raz kolejny wracamy do 10. edycji tytułowego turnieju i ratowania Ziemi przez wybranych wojowników.


Pod tym kątem fabuła nie stara się zaskoczyć niczym nowym, lecz trzeba pamiętać, że to dopiero pierwszy film z pięciu planowanych. Jednak diabeł tkwi w szczegółach (w tym filmie jest ich naprawdę sporo) i to one odpowiadają za największe różnice w historii, którą fani doskonale znają. 

Po pierwsze, na potrzeby tego filmu powołano do życia nowego bohatera o imieniu Cole Young. Chociaż jest byłym mistrzem MMA, jest także osobą nieznającą własnej przeszłości, a ta może zaskoczyć niejednego fana.

Jednakże najważniejsze jest to, że nowi widzowie mogą nie tylko śledzić jego rozwój, ale i razem z nim odkrywać czym jest Mortal Kombat i kto jest w niego zaangażowany. Twórcy starali się wytłumaczyć panujące na turnieju zasady, nie męcząc widza długimi monologami. I to się faktycznie udało, bo informacje poznajemy z reguły na bieżąco, czasami nawet w formie nienachalnych ilustracji. 

Głównym celem scenarzystów było przede wszystkim przedstawienie Cole 'a Young 'a. Problem tylko w tym, że jest zwykłym śmiertelnikiem i jego poczynania nie są interesujące, co nawet kilkukrotnie dają mu do zrozumienia pozostali uczestnicy turnieju. Dlatego, kiedy po 40 minutach seansu akcja skupiła się wyłącznie na Cole'u, film zaczął się dłużyć. 


Jednak nijaki protagonista nie jest jedyną bolączką tego filmu. Otóż scenarzyści zbyt mocno wzięli sobie do serca to, że w Mortal Kombat historia nie jest najważniejszym czynnikiem (osoby znające serię bez trudu ją sobie dopowiedzą), przez co wątki wielu postaci stanowiły jedynie pretekst mający popchnąć fabułę do przodu, a wprowadzone zmiany w lore nie zostały wyjaśnione. 

Przez perypetie Cole'a równie nie podkreślono należycie atmosferę turnieju. Chociaż ziemscy wojownicy trenują i walczą z kolejnymi przeciwnikami, miałem wrażenie, że przybyli na wyspę Shang Tsunga, aby odnaleźć jakiś zaginiony skarb czy starożytny ląd, a nie wziąć udział w śmiercionośnych zawodach.

Sytuacji nie pomaga to, że lokacje, na których toczą się pojedynki są pozbawione klimatu. O ile twórcy filmu zadbali o każdy szczegół designu i wyglądu postaci, tak mimo obecności podpisów wskazujących miejsca akcji, trudno odnaleźć nawiązania do kultowych plansz i samemu odróżnić czy właściwe walki toczą się na Ziemi, czy np. w Zaświatach.

X-Ray, czyli efekty specjalne w Mortal Kombat (2021)

Kluczowym aspektem, dla którego warto zobaczyć ten film, jest choreografia walk. Stoi ona na najwyższym poziomie, o czym mogliście się przekonać oglądając zakulisowe materiały, czy ogólnodostępny siedmiominutowy fragment, w którym Hanzo Hasashi rozprawia się z mordercami jego rodziny.

Również ścieżka dźwiękowa autorstwa Benjamina Walffischa spełnia swe zadanie i dobrze dopasowuje się do rytmu pojedynków, aczkolwiek nadaje się wyłącznie do roli tła, aniżeli niezależnego słuchania. 

Esencją Mortal Kombat są jednak krwawe wykończenia oraz widowiskowe ciosy specjalne. Oczywiście ich obecność to zasługa efektów specjalnych, a te wydają się trzymać nierówny, niewystarczający na obecne czasy poziom.

O ile animacja czterorękiego księcia Shokan, Goro czy tworzenie lodowego ostrza przez Sub-Zero w walce ze Scorpionem robią wrażenie, o tyle, chociażby ognisty płomień Liu Kanga podczas przemierzania jaskini czy laser Kano wyglądają dziwnie.

Nie zawodzi natomiast kreacja Fatality. Crème de la crème serii została wykonana ze szczególną starannością i wiernością wobec oryginału. Niejednokrotnie serca fanów zaczną bić szybciej na widok tego, co wyprawiają Scorpion, Kung Lao czy Jax podczas swoich pojedynków.

W filmie nie zabrakło także kultowych odzywek jak FATALITY, Flawless Victory czy Kano Wins (wypowiadane przez samego Kano).

FLAWLESS VICTORY, czyli podsumowanie

Grzegorz Cyga: Mortal Kombat to udany remake, choć moim zdaniem trochę mu brakuje, by przebić kultowy obraz z 1995 r. Nie da się nie zauważyć, że jest to produkcja stworzona z myślą o kontynuacjach, dlatego fabuła jest prosta jak budowa cepa, choć zakończenie może delikatnie zaskoczyć ortodoksyjnych fanów pierwszego filmu. Jednak celem twórców nie było stworzenie kandydata do Oscara, a dostarczenie dobrej rozrywki i świetnego widowiska, a to moim zdaniem ekipie Simona McQuoida się udało.
Moja ocena 7/10

Marek Wierczyński: Moja ocena to 9/10. Powodem takiej, a nie innej noty jest to, że jest to pierwszy film na podstawie gry od dawna, który spełnił moje oczekiwania zarówno pod kątem fan service, jak również całościowym. Uważam, że pod tym kątem był on idealnie zbalansowany. Nie dałem 10/10 tylko dlatego, że efekty specjalne momentami były wyczuwalnie gorsze od reszty. Natomiast z pełnym sumieniem polecam ten film wszystkim fanom Mortal Kombat, bo mimo tego, że czekaliśmy na niego zbyt długo, zdecydowanie było warto. 

Finalna ocena – 8/10