Oglądając pierwsze zwiastuny produkcja kupiła mnie swoim klimatem, ośnieżone góry, pokryte śniegiem lasy i ciemne jaskinie. Skojarzyło mi się to wszystko z grami typu The Journey i The Legends of Zelda: Breath of The Wild, gdzie to podróż jest ważna, a nie jej cel.

Dodatkowo gra miała posiadać bardzo wymagający system walki i coś w rodzaju wyborów moralnych. To wszystko sprawiło, że moja wyobraźnia wykreowała tytuł, którym Unto The End tak naprawdę nigdy nie miało być, ale o tym później.




Fabuła jest bardzo prosta, nasz bohater wyrusza na polowanie, aby przez przypadek wpaść do dołu. Od teraz jest zmuszony szukać drogi powrotnej do domu.

Warstwa fabularna jest jedynie, do tego stopnia, że przez chwilę zapomniałem po co przemierzam kolejne lokacje, a kiedy w końcu nastąpiła konkluzja całej opowieści to nie odczuwałem żadnych emocji, przejście Unto The End nie zostawiło po sobie nic.

Pierwsze chwile z tytułem są ciężkie, nie mamy pojęcia gdzie iść i zwiedzamy niezbyt ciekawy wizualnie teren. Przez całą opowieść będziemy wchodzić w interakcje z innymi rasami, które zamieszkują ten świat.

Jedne będą do nas wrogo nastawione, inne tylko będą chciały chronić swojego terytorium. Cały pomysł na zabawę, aby pokazać, że jesteśmy częścią czegoś większego jest świetny i niestety jest to zmarnowany potencjał.




Przez całą, około 8 godzinna przygodę nie mamy za dużo okazji do wykorzystania mechaniki interakcji. To ciekawe wzbogacenie rozgrywki, a nie sposób gry, który ma znaczenia na kształtowanie tego świata.

Prowadzimy więc naszą postać na dwa sposoby. Pierwszy to tak jak wymyślili sobie twóry, jednak Jeśli tylko mamy ochotę możemy bez problemu iść z pieśnią bojową na ustach i wybijać kolejnych przeciwników, aby pokazać im kto tu rządzi.

Oczywiście jeśli tylko opanujemy bardzo zaawansowany system walki. Całość skojarzyła mi się z serią Dark Souls, ponieważ w Unto The End walka oparta jest na animacjach postaci.

Musimy obserwować naszego przeciwnika i w odpowiednim momencie bronić się oraz atakować gdy tylko przeciwnik się odsłoni. Na początku sama walka była dla mnie irytująca i nie raz doprowadzała do frustracji, męcząc się w niektórych trudniejszych lokacjach. Wszystko przez to, że zwyczajnie nie potrafiłem walczyć.




W połowie gry, pojedynki zaczęły przynosić mi satysfakcje. Gorączkowe parowanie ataków i chaotyczne machanie mieczem zastąpiłem spokojnym zapamiętywaniem ruchów przeciwników i czekaniem aż się odsłonią.

Pojedynki możemy toczyć w trybie domyślnym oraz wspomaganym, gdzie na chwilę przed atakiem wroga następuje zwolnienie czasu, a my mamy czas aby się obronić. Przechodziłem grę w trybie wspomaganym, a i tak zdarzało mi się zaciąć na kilku silniejszych przeciwnikach. Tytuł bez tego ułatwienia może okazać się sporym wyzwaniem, nawet dla wprawionych graczy.

Wiking, którym przyjdzie nam sterować posiada ogromny zasób ruchów podczas walki, od niskich i wysokich ataków, po bloki wykonywane z góry oraz dołu. W końcu przewroty, uniki, skoki, czy atak barkiem, który skutecznie obali przeciwnika.

Mamy nawet możliwość oszukania przeciwnika i wyprowadzenia mylnego ciosu. To wszystko sprawia, że walka byłaby bardzo satysfakcjonująca, ale niestety nie jest tak doskonale.




Nasza postać jest strasznie wolna, a w grze opartej na animacjach ataków jest to ogromne utrudnienie, przez co jesteśmy zmuszeni do stosowania tej samej techniki przez całą grę. Parowanie ciosów przeciwnika i atakowanie gdy tylko ten się odsłoni. Nie raz ginąłem, nie ze swojej winy, a tylko dlatego, że bohater za długo podnosił się z ziemi. Dobrze, że gra licznie zapisuje nasz postęp.

W Unto the End występuje bardzo ciekawy system zdrowia. Im bardziej nasza postać jest pokryta krwią, tym coraz bliżej śmierci jesteśmy, to samo tyczy się przeciwników, jednak może się zdarzyć, że przez nasz błąd przeciwnik da radę zabić nas jednym, celnym trafieniem.

Niestety ta zasada nie tyczy się gracza, nawet jeśli wbijemy przeciwnikowi sztylet w serce, będziemy musieli stoczyć z nim cały pojedynek. W grze występuje mechanika krwawienia, więc nawet jeśli pokonaliśmy przeciwnika, ale mocno oberwaliśmy możemy się wykrwawić, chyba, że akurat znajduje się obok ognisko lub posiadamy leczące mikstury.

Kolejne skojarzenie z Dark Souls to ogniska, w których możemy się uleczyć, ulepszyć pancerz czy wykonać ze specjalnych ziół mikstury leczące. Zioła to również jeden z surowców, za które możemy się wymieniać z innymi postaciami, przez co zastanawiamy się czy lepiej mieć miksturę zdrowia czy surowiec, który pozwoli nam być może uniknąć konfliktu.

Tutaj powtórzę, szkoda, że takich dylematów nie ma w tej produkcji więcej, tym bardziej, że twórcy ochoczo rzucają nam pod nogi zapasy, więc nigdy tak naprawdę nie zostajemy z niczym.



Gra pomimo bardzo prostej oprawy graficznej prezentuje się świetnie. Już we wstępie wspomniałem o pięknych widokach, dlatego zaskoczyło mnie, że większość czasu gry spędzamy w jaskiniach, aby tylko na chwilę wychodzić na powierzchnię. Korytarze jaskiń są brzydkie i po prostu nieciekawe.

Poruszamy się z pochodnią w dłoni co może jest klimatyczne, ale po pewnym czasie było dla mnie irytujące. Tym bardziej, że musimy tam wykonywać dużo skoków, a przez ogólną powolność naszej postaci nie raz zdarzyło mi się bardzo źle wymierzyć skok.

Na koniec chciałem napisać parę słów o muzyce, problem jest taki, że w chwili pisania tych słów po prostu jej nie pamiętam. Potrafiła budować klimat, jednak nie było to nic nadzwyczajnego czy epickiego aby było godne zapamiętania.


PODSUMOWANIE


Unto The End to produkcja dobra i niestety tylko dobra. Gdy widzę tę produkcję to mam przed oczami masę zmarnowanego potencjału i źle wyważone mechaniki. Jedynie ciekawy system walki ratują tę produkcję, pomimo początkowej irytacji w końcu przynosi satysfakcję i pozwala poczuć ten sam dreszcz emocji jak po zabiciu kolejnego bossa w Dark Souls. Produkcja przejdzie raczej bez echa, ale jeśli kiedyś na nią traficie to warto zagrać, będziecie mieli kilka godzin wymagającej rozgrywki.


MOJA OCENA 7/10